Wosk z pazurem by Aisse Diallo – The Nailtruck czyli.. Nasza krótka Historia

Prolog…

 

Jeszcze kilka lat temu nie sądziłem że usiądę któregoś dnia usiądę w podziemiach jakiegoś budynku, z kubkiem kawy i nogami założonymi na stół i zacznę spisywać swoją ( a w sumie to naszą ) historię.

Zacznę może od tego kim jestem..

No właśnie.. Jak to mówią jestem Grzybu Grzyb.. I to powinno wszystko wam wyjaśnić, ale tak nie jest.. Dziś mam 26 lat, jestem średniego wzrostu brunetem z ciemnymi oczami i podobno mocno zarysowanym zarostem miejscami atakującym moje policzki, a miejscami kark..🦁 patrząc dalej, to wyglądam.. przeciętnie..  mocno przeciętnie.. (pewnie poniżej średniej..😇) ale babcie zawsze mi przypominają że jestem przystojny.. 😂 ( co prawda pewnie wszystkim swoim wnuczkom tak mówią ) no ale cóż… takie życie.. Oprócz tego nie wyróżniam się z tłumu jakoś specjalnie.. No może w sytuacji gdy ktoś się zapyta

– Eeee, Grzybku..  a Ty czym się zajmujesz?

i wtedy często robi się dziwnie.. Bo jestem….            Stylistą Paznokci..

TAK! Stylistą Paznokci! Potrafię malować pazurki, pielęgnować skórki, opiłowywać płytkę, biegle posługuje się frezarką i pędzelkami do zdobień. Wiem co to primery, bazy i topy, chodź na początku zdawało się to być obce niczym słynny „spalony” dla wielu kobiet..  Oprócz tego, mam szereg innych zdolności, którymi może pochwale się przy innej okazji, gdyż nie są one tak „spektakularne” jak malowanie paznokci.. No dobra trochę są.. ale i tak nie tak bardzo:)

Skoro już mnie poznaliście, to zapraszam na wyprawę trzy lata wstecz… wtedy to wszystko się zaczęło….

 

Łeba

Znacie to miasto.. Łeba mała nadmorska miejscowość do której ciężko dojechać (przynajmniej komunikacją) i jeszcze ciężej z niej wrócić.. a przynajmniej samemu..;) Trzy lata temu wraz z moim kolegą Marcinem, wyruszyliśmy w trasę „Od Świnoujścia aż po Hel”. Była to 2-miesięczna wyprawa reklamowa z naszym klientem. Co się tam działo opiszę w innych postach.. ważna była jednak jedna jedna chwila która „odmieniła” moje życie…

Dzień rozpoczął się jak zwykle. Niewinnie przebudziłem się nie do końca dzisiejszy, po poprzedniej nocy, na podłodze naszej przyczepy. tak tak, mieszkaliśmy w przyczepie kempingowej. dwu-osobowej. nie zmieniało to jednak faktu że spokojnie mieściliśmy się tam we troje (ja, Marcin i Monika, o której więcej napiszę kiedy indziej;)

Przyczepa była mocno kompaktowa. musicie sobie wyobrazić że na przestrzeni jakiś 5,5m2 mieściło się wszystko.. wchodząc do przyczepy przez drzwi wejściowe, po prawej stronie były blaty kuchenne i pełna kuchnia! tak więc 2-wu palnikowa kuchenka gazowa, pod nią mikro-piekarnik  (odziwo dość często przez nas używany) i lodówka, potem kawałek blatu, (całe 10cm.. ), następnie zlewozmywak, i…. i koniec… no prawie koniec.. była jeszcze ścianka za którą mieściła się mikro toaleta ze wszystkim co potrzebne.. takie kempingowe 3in1.. w niej ustawiony był wielki i stary jak świat klimatyzator.. Pamiętał jeszcze poprzedni ustrój gospodarczy, zresztą był doskonale wpasowany w całą przyczepę. Ona też do najnowszych nie należała.. Wszystkie szafki lata świetności miały już za sobą.. były w typowym angielsko-emeryckim stajlu. W końcu kemping stamtąd był przyciągnięty przez znajomych właścicieli..

i…. i koniec… no prawie koniec.. była jeszcze ścianka za którą mieściła się mikro toaleta ze wszystkim co potrzebne.. takie kempingowe 3in1.. w niej ustawiony był wielki i stary jak świat klimatyzator.. Pamiętał jeszcze poprzedni ustrój gospodarczy, zresztą był doskonale wpasowany w całą przyczepę. Ona też do najnowszych nie należała.. Wszystkie szafki lata świetności miały już za sobą.. były w typowym angielsko-emeryckim stajlu. W końcu kemping stamtąd był przyciągnięty przez znajomych właścicieli..

Dalej po skręceniu w lewo rozpościerał się widok na „sypialnie” a raczej na dwie przykrótkie leżanki na stałe udające wygodne kanapy chociaż nie jestem do końca przekonany czy zmieściłby sie na nich na długość karzeł, ustawione przy ścianach, ze stołem piknikowym pomiędzy nimi. o ich szerokości nie wspomnę, ponieważ była ona tak znikoma, że przekręcenie się na przysłowiowy „drugi bok” graniczyło z cudem, a dzięki wybrzuszeniu od strony „przejścia” skutecznie było się przyssanym na stałe do ściany.

Kanapy obite były typowym materiałem weluro-podobnym w gustownym, szraczko-brązawym kolorze, co wyglądało przekomicznie, dając jakieś 25 lat wcześniej pierwszym właścicielom namiastkę luksusu w 5m2.. całość uzupełniały zasłonki i firanki doskonale dopasowane do całości przyczepy, których nie można było za bardzo dotykać, gdyż gdy tylko się je złapało,  darły się niczym mokry, zużyty papier toaletowy.. Na podłodze mieliśmy prześliczną wykładzinkę, „żeby było miękko w stópki.. ” na której codziennie wieczorem rozkładałem moje legowisko składające się z kartonów po kolejnych litrach cydrów, win i wódek, imitujących materac, na tym leżał koc (  w sumie nie pamiętam skąd go wytrzasnęliśmy, ale grunt że był potem prześcieradło i kołdra.. i każda noc była jak marzenie.. 😂

Eh te imprezy..

Wracając, obudziłem się tego dnia jak zawsze we wspaniałym nastroju, ból głowy jaki mi doskwierał po wczorajszym biesiadowaniu ze świeżo poznanymi na polu kempingowym sąsiadami dawał się mocno we znaki. Marcin jeszcze smacznie spał.. albo po prostu to niebyła jeszcze jego chwila po wczoraj… wskazywało na to to że połowa jego ciała była wewnątrz przyczepy, a druga… druga połowa, ta rzekomo posiadająca mózg, wystawiona była przez okno, gdzie zwisała bezwładnie, szukając jakby lepszego jutra.. po cichu zabrałem rzeczy kąpielowe i wyskoczyłem do zewnętrznych łazienek na poranną kąpiel.

Po moim powrocie Marcin względnie ogarnięty siedział już na łóżku. Na podłodze moje legowisko było już sprzątnięte, a raczej upchnięte w najdalszy kąt naszej przyczepy, a na jego miejscu stanął rozłożony stolik piknikowy. Na Stoliku niczym za pomocą magicznego zaklęcia „stoliczku nakryj się”, leżały plastikowe talerze z dzisiejszym śniadaniem.. dwoma tabletkami przeciwbólowymi.. (Dobry boże dzięki Ci za ten wynalazek jakim jest Ibuprofen! Dzięki niemu świat nie jest tak bolesny od rana!) Łyknąwszy tabletki, Zebraliśmy się i odpaliliśmy naszą T4kę ( tak to również samochód legenda, i poświecę mu oddzielny wpis.. 😉 i ruszyliśmy niemrawo do pracy..

Nie moge powiedzieć że dzień mijał nam jakoś wybitnie źle. wręcz przeciwnie, dzień jak co dzień.. patrzyliśmy się na kolejnych turystów przewijających się przez naszą Cydrową strefę letnią.. obejrzeliśmy kilka „najnowszych kinowych hitów” po czym zwinęliśmy cały temat i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wsiedliśmy do Busa, i Marcin zaproponował że odwiedzimy jego dziewczynę i znajomych ratowników z Warszawy którzy dzielnie pilnowali porządku i ładu na Łebskiej plaży. Było już grubo po 16 więc zmęczony i średnio zadowolony zgodziłem się nie mając poniekąd innej możliwości.. w końcu miesiąc rozłąki z ukochaną to nie przelewki..

przebijaliśmy się przez Łebę powoli, co chwile uważając na prze-szczęśliwych turystów, którzy to a to bezczelnie wchodzą pod koła samochodu totalnie nie patrząc czy coś nie nadjeżdża.. swoją drogą mogli nie widzieć.. ilość sprzętu zabieranego na plaże przez turystów jest na prawdę imponująca. Wogóle turyści są zupełnie jak postaci z gier komputerowych. Każdy ma swój ekwipunek, który niczym wiedźmini zawsze trzymają przy sobie nie zważając na ich ciężar… Do standardowego wyposażenia typowego turysty należą:


1.Parawany co najmniej dwa – tak aby wystarczająco skutecznie odgrodzić się od wiatru i sąsiadów,
2. Leżaki, po jednym przypadającym na dorosłego i po jednym przypadającym na dwójkę młodych osobników,
3. Torby plażowe – tu zasada jest jedna! im większa torba tym lepiej! a dodatkowe punkty są za targanie się z charakterystycznymi niebieskimi torbami z IKEI.. wtedy już wiesz kto będzie królem plaży..
4. W torbach podstawowe narzędzia obronne – Młotek i saperka.. (gdyby sąsiad chciał nam zabrać kawałek #naszejplaży.. dodatkowo okrycia przed przenikliwym nad polskim morzem zimnem czyli koce, i puchowe kurtki, dodatkowo oddzielna torba na tuzin wiaderek, łopatek, grabek i innych takich narzędzi przeznaczonych dla treningu młodzieży turystycznej. ( w końcu biegłe posługiwanie się takimi narzędziami to podstawa przeżycia nad polskim morzem..
5. Dmuchane Zabawki i materace.. tu przekrój jest olbrzymi.. począwszy od dmuchanych piłek z NIVEA ( tych zawsze jest dużo, bo swego czasu były „ZA DARMO” rozdawane, więc popyt był przeogromny i każdy zapewne gdzieś w czeluściach swojej szafy taką piłkę trzyma.. przechodząc przez delfiny, pływające hotdogi, koła ratunkowe w kształcie obwarzanek poznańskich i donatów, aż na dmuchanych materacach w kształcie lodów bądź flamingów kończąc..
6.Ręczniki plażowe, dla całej rodziny, zawieszone dumnie na szyjach niczym papier toaletowy kupiony w pewexie za komuny, gotowy na wymianę na inny bardziej „wartościowy” towar.

W końcu dojechaliśmy..Wjechaliśmy na parking, oczywiście od razu podbiegł do nas młody chłopak ubrany w poszarpany dres i okulary żywcem wyciągnięte z „Harrego Pottera” tak samo połamane na środku i nieudolnie sklejone taśmą.
-T t t ttt.. Tu Płat.. płatny parking jest..- Za-jąkał średnio swobodnie do nas..
-Spoko kolego.. My do Bazy.. – odparł Marcin.. i te magiczne słowa zadziałały.. kolega wskazał miejsce VIP, tuż przed wejściem..

Przed nami rozpostarł się stary obskurny i obdrapany budynek dumnie noszący nazwę „bazy ratowników WOPR” Powiem szczerze że gdyby nie to że byłem poniekąd przymuszony do wejścia do środka, to sam z siebie w życiu bym się nie zapuścił do wnętrza tego obiektu..

2-piętrowy budynek rodem wyciągnięty z „domu strachów” albo jakiegoś innego horroru.. samotnie stojący pośród drzew, tylko dobiegający z oddali gwar turystów wskazywał na to że wszystko będzie dobrze.. Marcin wartko ruszył w stronę drzwi.. były stare drewniane i ewidentnie nie działał w nich zamek.. weszliśmy do środka… prawdę mówiąc spodziewałem się wiecej miejsca.. Wchodziło się bezpośrednio na toaletę w której drzwi również się nie zamykały.. na prawo był jeden pokój a na lewo drugi.. Zapach zatęchniętego morza był wszędzie, a na ścianach tu i ówdzie panoszył się grzyb (i to na pewno nie byłem ja.. ) a co do podłogi to cóż.. stare skrzypiące deski dodawały całemu miejscu uroku.. pokoje… oba maleńkie, ale to był tylko boczny aneks w którym mieszkało 5-ciu ratowników.. Prawdę mówiąc to mało mnie obchodzili.. od razu w oko wpadła mi pewna ratowniczka..

Jak masz na Imię?

Siedziała w pokoju na lewo na swoim piętrowym łóżku, i rozczesywała swoje lokowane włosy męcząc się przy tym przeogromnie, co chwilę mamrocząc coś pod nosem.. Ubrana w koszulkę na ramiączka, i szorty rzuciła do Marcina bardzo lakoniczne
-Cześć..
Zaczęło się wielkie przedstawianie.. Dziewczynę Marcina już znałem, pozostałych lokatorów również, ale jej niezwykłej współlokatorki jeszcze nie..
-Cześć, jak masz na imie..? – Zapytałem?
Aisse.. – Odparła równie lakonicznie co Marcinowi
-Cześć, jak masz na imię?.. – Zapętliłem się.. no wiecie.. ja sam często przedstawiam się jako Grzybek, i ludzie domyślają się że mam jakoś na imię.. Sławek, Paweł, Michał, a nie Grzybek i nauczony swoim doświadczeniem pomyślałem że podobnie może byc i teraz..
Ale znów odpowiedź nie była zadowalająca moje zainteresowanie…
-Aisse… – Odparła spoglądając swoimi pięknymi oczami w moim kierunku.. Prawdę mówiąc to nie wiem czy usłyszałem czy mówiła coś więcej.. to spojrzenie.. czas się zatrzymał… ona ze szczotką we włosach niczym księżniczka zamknięta w wierzy piętrowego łóżka, i ja… Grzyb… po prostu Grzyb… cóż miałem począć?! Wyznać miłość od pierwszego wejrzenia? Może porwać? Czy może pytać się dalej? Może wiecie jak to jest.. kiedy spoglądasz w te oczy i już wiesz…

Oczywiście zrobiłem to co Sądzicie…Zapytałem po raz kolejny…
-Jak masz na imie?
I powiem Wam, że do dzisiaj nie wiem jak to się stało ze nie dostałem tą szczotką.. i do dzisiaj nie wiem, dlaczego między nami tak zaiskrzyło.. ale wiem jedno! to najlepsze co mnie spotkało w życiu…

C.D.N…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *